Onepress video

Onepress

Onepress.pl Helion SA
ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwice

tel. (32) 230-98-63


informacje: o księgarni onepress.pl

Mitologia small biznesu na Onepress.pl

Mitologia small biznesu na Onepress.pl
Schematy, według których działają osoby otwierające firmy, często są do siebie podobne. Tak samo jak pytania, które sobie zadają, i mity, w które wierzą. Nie zakładaj firmy, opierając się na "dobrych radach" wszechwiedzących życzliwych. Skorzystaj z doświadczenia eksperta! Marek Jankowski to praktyk biznesowy oraz wydawca czasopisma branżowego. Były reporter radiowy, współpracował również z prasą i telewizją. Wspiera małe firmy - takie jak Twoja - w ich codziennej działalności.

Rzeczywistość: Problem nie rozwiąże się sam, gdy schowasz głowę w piasek.

Jak Twoja firma reaguje na zastrzeżenia klientów? Sposobów jest co najmniej kilka. Można, w myśl zasady „klient ma zawsze rację”, machnąć ręką i dać narzekającemu jakąś rekompensatę, nawet gdy nie ma ku temu racjonalnego powodu. Można próbować przemówić mu do rozsądku rzeczowymi argumentami. Można bez zbędnej dyskusji wskazać punkt umowy, który zwalnia nas z odpowiedzialności. Można nie odbierać telefonów i nie odpisywać na maile itd.

Niezależnie od tego, jak zareagujesz, może Ci zależeć, żeby cała sprawa została między Tobą a kupującym, żeby nie dowiedzieli się o niej inni. Ale czy na pewno słusznie?

Skargę klienta można potraktować jak każdą inną sytuację kryzysową. Podstawowa reguła PR–u w takich przypadkach brzmi: nie chowaj głowy w piasek. Symulowanie awarii telefonu i internetu nie jest dobrym pomysłem. Ale przecież wciąż nie oznacza to, że jeżeli klient ma do nas pretensje, trzeba się tym faktem od razu chwalić. To wydaje się być wbrew zdrowemu rozsądkowi.

Czy jednak można zarzucić lekkomyślność amerykańskiej firmie BestBuy, założonej w 1966 r. sieci sklepów ze sprzętem elektronicznym, która aby odpowiadać na pytania i skargi klientów uruchomiła specjalny kanał na Twitterze?

Czy można traktować to jako typowo jankeski wymysł marketingowy, skoro na podobny sposób kontaktu z klientami zdecydowała się – co za odwaga – Poczta Polska?

Wady publicznego rozstrząsania skarg wydają się być oczywiste. Jeżeli damy ludziom okazję, żeby mówili o nas źle, to zapewne z niej skorzystają, odstraszając potencjalnych nowych klientów. Trzeba będzie w dodatku zapłacić komuś, kto siądzie przy komputerze i na te zażalenia sensownie odpowie.

A teraz plusy.

Jeżeli klienci będą niezadowoleni z Twoich produktów, podzielą się tą opinią z innymi tak czy inaczej. Jeżeli sam ich do tego zaprosisz, zyskasz dwa atuty.

Po pierwsze: szybko poznasz powody niezadowolenia, co pozwoli Ci je stopniowo eliminować. Zamiast płacić za badania rynku (które są drogie) albo działać na chybił–trafił (co jest ryzykowne), dostaniesz za darmo wiedzę kluczową dla rozwoju firmy.

Po drugie: będziesz miał możliwość przedstawienia własnych argumentów, co pokaże innym klientom, że nie unikasz odpowiedzialności za własne czyny.

Wyobraź sobie, że chcesz kupić coś na Allegro. Bierzesz pod uwagę dwóch sprzedawców. Obydwaj mają ponad tysiąc opinii pozytywnych i po kilkanaście negatywnych. Sprzedawca A odpisuje na każdy głos niezadowolenia. Na przykład: “Dziękujemy za zwrócenie uwagi, rzeczywiście w tym przypadku popełniliśmy błąd. Przeprosiliśmy za to Kupującego mailowo, ale w tym miejscu przepraszamy jeszcze raz. Zmieniliśmy naszą procedurę tak, żeby podobna sytuacja więcej się nie powtórzyła.” Albo: “Przykro nam z powodu niezadowolenia klienta, bo zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy. Negatywna ocena dotyczy czasu oczekiwania na przesyłkę, na co niestety nie mamy wpływu. Paczka została wysłana tego samego dnia, w którym wpłynęło zamówienie, co potwierdza dowód nadania przesyłki, którego skan przesłaliśmy Kupującemu. Klientów, którym zależy na terminowym otrzymaniu przesyłki, za każdym razem zachęcamy do korzystania z kuriera.”

Z kolei sprzedawca B zostawia wszystkie negatywne komentarze bez odpowiedzi . U którego złożysz zamówienie? Sprzedawca A robi wrażenie bardziej wiarygodnego, prawda? Przyznając się do błędu, buduje wśród klientów poczucie bezpieczeństwa. Opisując mechanizm, który doprowadził do niezadowolenia klienta, oswaja nas z potencjalnym ryzykiem związanym ze składanie zamówienia przez internet. A ryzyko, które znamy i rozumiemy, wydaje się mniejsze.

Czy kiedy jesteś za granicą zdarza Ci się stołować w KFC, McDonald’s albo Burger Kingu? Jeżeli tak, to przyczyną może być również chęć zminimalizowania ryzyka. Jedzenie w obcym miejscu to zawsze zagadka: nie wiemy czy będzie nam smakować, nie wiemy ile będzie trzeba czekać na podanie posiłku, nie wiemy czy nasz żołądek to wytrzyma. Wolimy coś, co z pewnością nie jest kulinarnym majstersztykiem, ale za to jest takie samo jak w naszym mieście. Żadnych niespodzianek.

Czy nadal uważasz, że publiczne rozpatrywanie skarg klientów jest wbrew zdrowemu rozsądkowi?

Pułapki small biznesu

Rzeczywistość: Niektóre towary świetnie nadają się do tego, żeby je eksportować.

Każdy wie, że sklep internetowy pozwala sprzedawać odbiorcom z całego świata. Ale dla wielu e-handlowców to czysta teoria. Wciąż mało osób umie w pełni wykorzystać tę możliwość.

Na targach mody spotkałem Łotysza, którego klienci przeważnie pochodzą z zagranicy (a konkretnie z Rosji). Jak nasz sąsiad z północnego wschodu to zrobił?

Na prowadzonej przez niego stronie Fashion.lv znajduje się serwis informacyjny o modzie oraz butik. Odzież, która jest tam oferowana, trudno znaleźć w zwykłych sklepach. To prace młodych łotewskich projektantów prezentujących się podczas Tygodnia Mody w Rydze. Impreza ta cieszy się dużym powodzeniem wśród zamożnych Rosjan, nic więc dziwnego, że klientów jest pod dostatkiem (choć przesyłka kurierska do Moskwy kosztuje nawet 30 euro).

Pierwszym atutem butiku jest więc oryginalny asortyment. Ponieważ nie jest to odzież produkowana masowo, zdarza się, że konkretny rozmiar szyje się pod zamówienie klienta. Za taki luksus można żądać wyższej ceny. A artystyczne dusze zwykle nie mają głowy do biznesu, więc z wdzięcznością przyjmują fakt, że ktoś inny bierze sprzedaż na siebie.

Drugi plus to umiejętne „podłączenie się” pod markową imprezę, z czego każdy jest zadowolony. Organizatorzy mogą pochwalić się projektantom, że udział w ryskim festiwalu mody daje bezpośrednią możliwość wejścia na rynek. Designerzy mają z głowy marketing, pozycjonowanie czy pakowanie paczek. Z kolei miłośnicy oryginalnej odzieży, zanim jeszcze zdążą odetchnąć po pokazach, mogą od razu kliknąć i zamówić to, co wpadło im w oko. Takie powiązanie dodatkowo podnosi wiarygodność sklepu, pomaga w reklamie i optymalizacji pod kątem wyszukiwarek.

Trzeci element – niby oczywisty, ale nie można go pominąć – to udostępnienie serwisu fashion.lv nie tylko w języku łotewskim, ale także po rosyjsku.

Czy wiesz już, co zrobić, żeby twój sklep również miał klientów z zagranicy?

Pułapki small biznesu

Rzeczywistość: Klienci od Ciebie nie kupią, jeżeli im nie sprzedasz.

„Musisz dać się znaleźć klientom, bo zginiesz”. „Nie siedź z założonymi rękami, promuj swoją markę, buduj pozycję na rynku, wzmacniaj reputację, bądź zauważalny”. „Jeżeli klienci Cię nie znajdą, to u Ciebie nie kupią”. Podobne zdania usłyszysz w wielu firmach, które zajmują się sprzedawaniem reklam. To wszystko brzmi sensownie, ale tylko w niektórych przypadkach jest skuteczne.

Jeżeli otwierasz sklep spożywczy na osiedlu mieszkaniowym, to z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że większość sąsiadów przyjdzie tam choć raz, z ciekawości, bo Cię zauważą. Jeżeli im się spodoba, staną się Twoimi klientami.

Jeżeli otwierasz butik w galerii handlowej, to wraz z wysokim czynszem „kupujesz” też klientów, którzy odwiedzają to miejsce. Tego rodzaju miejsca nie bez powodu nazywane są pompatycznie „świątyniami konsumpcji” – ludzie przychodzą tam po to, żeby wydawać pieniądze.

Jednak w przypadkach, gdy grupa klientów nie jest tak mocno ograniczona terytorialnie, to nie wystarczy. Powiedzieć klientom kim jesteś i gdzie Cię znaleźć to za mało. To tak jakbyś organizował w domu imprezę: przygotował wykwintne jedzenie, schłodził napoje do idealnej temperatury, nakrył do stołu, zadbał o świetną muzykę do zabawy… i przekręcił klucz w drzwiach, czekając aż ktoś przyjdzie.

Być może z czasem, kiedy Twoje imprezy będą już znane w okolicy, to nieraz wystarczy. Ale dopóki tak nie będzie, nie ma wyjścia – trzeba obdzwonić znajomych i ich zaprosić. Inaczej jedyną osobą, której możesz się spodziewać, będzie listonosz z pismem z ZUS–u wzywającym Cię do zapłaty zaległych składek.

„Obdzwanianie znajomych” czyli kontaktowanie się z nimi i zbieranie potwierdzeń udziału w imprezie to w świecie biznesu nic innego, jak aktywna sprzedaż. Zwróć uwagę na to, że aby komunikację z klientem można było określić tym mianem, powinna ona być dwukierunkowa. Rozniesienie ulotek do skrzynek pocztowych, rozwieszenie plakatów czy stworzenie strony internetowej to nie sprzedaż, tylko reklama.

Pułapki small biznesu

Rzeczywistość: …o ile wcześniej nie umrzesz z głodu.

Teoretycznie przepis na sukces w biznesie jest bardzo prosty. Obserwujesz świat wokół siebie w poszukiwaniu realnej potrzeby, za której zaspokojenie ludzie są skłonni zapłacić, a kiedy ją znajdziesz – stajesz się w tej dziedzinie mistrzem. Niestety, to nie zawsze wystarcza.
Załóżmy, że masz oczy szeroko otwarte i nie boisz się rozmawiać z ludźmi. Szukasz swojej niszy i po pewnym czasie dochodzisz do wniosku: eureka!
W pobliżu mieszka wielu właścicieli psów. Całe dnie spędzają w pracy i – jak deklarują w rozmowach – chętnie zapłaciliby, żeby ktoś w tym czasie zabrał ich pupila na spacer. Zakładając, że wyprowadzasz zwierzaki sam (więc nie masz praktycznie żadnych kosztów) i każdy właściciel płaci Ci za to miesięcznie 300 zł, łatwo i przyjemnie możesz zarabiać na poziomie klasy średniej . Bez szefa, nudnego siedzenia w biurze i dużego ryzyka. Mają kilkunastu podopiecznych, nawet gdy jeden czy dwóch zrezygnuje, nadal przyzwoicie zarabiasz.
Zaczynasz snuć plany na przyszłość. Jeżeli firma się rozkręci, możesz wynająć studentów, którzy zrobią to samo np. za połowę tej kwoty. Możliwości rozwoju są ogromne, bo w dużym mieście właścicieli psów jest sporo. A potem przecież można ten sam model biznesowy przenieść do innych miast! Serce bije Ci mocniej. W wyobraźni już widzisz siebie jako psiego potentata? Hola hola, jak mawia pewien europoseł z Malborka, nie tak szybko.
Mimo potencjalnie obiecujących perspektyw, rynku docelowego z realną potrzebą i pieniędzmi może się okazać, że zanim Twój biznes się rozkręci, będziesz musiał go zamknąć, bo zabraknie Ci pieniędzy na życie.

To, że kilka osób zadeklarowało w rozmowie z Tobą, że byłyby gotowe zapłacić za taką usługę, nie znaczy jeszcze, że to zrobią.

•    Być może klienci zapłaciliby, ale znacznie mniej niż oczekujesz (np. maksymalnie 100 zł), a to za mało jak na Twoje potrzeby.
•    Być może klienci zapłaciliby, ale obecnie nie muszą tego robić, bo psa wyprowadza np. teściowa albo dziecko sąsiada.
•    Być może klienci zapłaciliby, ale wyłącznie osobie którą znają osobiście lub polecił im ją ktoś zaufany, bo obcemu boją się powierzyć klucze od domu.
•    Być może klienci zapłaciliby, ale dopiero wtedy, gdy z takiej usługi korzystaliby już ich znajomi, bo obawiają się takich eksperymentów.
•    Być może klienci zapłaciliby, ale udało Ci się ich przekonać tak niewielu, że nie da się za to przeżyć – kolejne miesiące mijają a nowych nie przybywa.

Przykład z wyprowadzaniem psów wymyśliłem, ale chodzi o mechanizm. Jeżeli znajdziesz niszę z pieniędzmi, upewnij się jak duża ona jest, jakim potencjałem finansowym dysponuje i czy w zadowalająco krótkim czasie przekona się i rzeczywiście skorzysta z Twojej oferty. W biznesie zwykle podejmuje się decyzje dysponując niepełnymi informacjami, ale to wcale nie znaczy, że nie warto starać się o ich zgromadzenie.

Pułapki small biznesu

Rzeczywistość: Nie każda metoda zadowalania klientów jest opłacalna

Wkurzałeś się kiedyś, stojąc w kolejce do kasy w hipermarkecie? Dostawałeś szału, kiedy w restauracji McDonald’s z ośmiu stanowisk czynne były tylko dwa i musiałeś czekać? Być może poczułeś się przez to zlekceważony albo źle potraktowany? Jeżeli chcesz zarabiać na własnym biznesie, powinieneś… postępować tak samo.
Niektóre firmy twierdzą, że ich celem jest „usatysfakcjonowanie klienta”. To bzdura. Celem każdego normalnego biznesu jest zara-bianie pieniędzy. Żeby mieć więcej na koncie, nie możesz myśleć jak Twoi klienci. Musisz myśleć jak właściciel firmy.
To, że tworzenie kolejek w hipermarketach jest celowym zabiegiem, służącym zwiększeniu sprzedaży produktów impulsowych, które są wystawione w linii kas, jest już obecnie powszechnie znaną prawdą. Jeszcze lepiej działa to w restauracjach typu fast food. Kie¬dy stoisz w kolejce i oglądasz ogromne hamburgery na zdjęciach, Twoje soki trawienne wysyłają do mózgu coraz mocniejszy sygnał: „Jeść!!!”. W rezultacie zamiast poprzestać na kanapce, na którą miałeś ochotę, gdy wchodziłeś do restauracji, zamawiasz cały zestaw. Powiększony. Z dodatkowym kawałkiem mięsa.
Kolejki wkurzają klientów, ale zwykle nie do tego stopnia, żeby zrezygnowali z zakupów. Na końcu przecież dostają nagrodę, która sprawia, że natychmiast zapominają o złych emocjach sprzed chwili. Następnym razem wpadają więc w tę samą pułapkę. I znów. I tak w nieskończoność.
Ten mechanizm pokazał mi bardzo wyraźnie prezes pewnych dużych targów.
— Co roku w centrum targowym macie kilkanaście hal wypeł¬nionych po brzegi. Jest kolejka oczekujących. Dlaczego nie wybu¬dujecie jeszcze jednej hali, żeby ich pomieścić? — zapytałem go.
— To by się nam nie opłacało.
— Jak to? Przecież te wszystkie oczekujące firmy będą wam płacić.
— Powiększenie powierzchni targowej raczej nie przełoży się na liczbę odwiedzających. Jeżeli tyle samo osób wpuścimy na większy teren, przeciętnie każdy wystawca będzie miał u siebie mniejszy ruch. Mogą oni dojść do wniosku, że wystawianie się na targach nie jest już tak korzystne jak kiedyś, i zrezygnować. A my stracimy.
Pytałem dalej:
— Zauważyłem, że mocnym punktem waszych targów są bezpłatne wykłady. W zeszłym roku zainteresowanie nimi było tak du¬że, że zabrakło miejsc. Czy nie byłoby dobrze przenieść je gdzieś, gdzie zmieści się więcej osób?
— Bardzo się cieszymy, że wykłady się podobają, ale nie jest w naszym interesie, żeby zatrzymywały więcej osób, niż sobie założyliśmy. Znów: jeżeli ludzie będą siedzieć i słuchać, nie pójdą na stoiska do wystawców.
To jest biznesowe myślenie.
Na idei „zadowolenie klienta na pierwszym miejscu” sam się kie¬dyś przejechałem. Prowadziłem wtedy firmę organizującą zajęcia edukacyjne dla rodziców z dziećmi. Zainteresowanie taką formą spędzania czasu było na tyle duże, że w ciągu roku praktycznie podwoiliśmy wynajmowaną powierzchnię, żeby pomieścić wszystkie grupy. Niestety, oznaczało to także znaczny wzrost kosztów (prze¬de wszystkim trzeba było uiszczać czynsz za dodatkowe pomieszczenia i wypłacać wynagrodzenia prowadzącym zajęcia).
Biorąc pod uwagę fakt, że wakacje i okres świąteczny to w tej branży martwe sezony, a koszty rozkładały się na cały rok, zyski z dodatkowych zajęć były minimalne. Gdybym dziś miał podejmować tę samą decyzję, po prostu podniósłbym ceny. Czy klienci byliby zadowoleni? Na pewno nie. Czy przestaliby przychodzić na zajęcia? Część — być może. Na ich miejsce weszliby następni z kolejki. Ja za to miałbym większe zyski.

Pułapki small biznesu

Rzeczywistość: Zwalnianie bez zastanowienia może przynieść więcej szkód niż korzyści
Jestem ostatnią osobą, która będzie Cię namawiała do trzymania w firmie darmozjada. Jeżeli ktoś się nie nadaje, jak najszybciej się go pozbądź. Ale nie daj się wpędzić w pułapkę rozwiązywania każdego problemu w firmie za pomocą zwalniania personelu, bo w ten sposób daleko nie zajdziesz. Każdemu zdarza się popełnić błąd, Tobie też. Jednorazowa wpadka czy słabszy okres w pracy zazwyczaj nie są przyczynami zwolnienia.
Załóżmy, że pracownik zrobił coś, co Cię rozsierdziło. „Nie będę barana utrzymywał!” — myślisz i już układasz w głowie mowę pożegnalną — taką, którą długo popamięta. Zanim zawołasz go do siebie, żeby wygłosić mu to przemówienie, rozważ na zimno wszyst¬kie za i przeciw.

  • Zrób bilans wad i zalet pracownika. Z pewnością ma swoje minusy, ale może rekompensuje je z nawiązką plusami?
  • Jakie projekty realizuje? Czy w firmie ma go kto zastąpić?
  • Jak długo u Ciebie pracuje? Jakie ma doświadczenie? Ile czasu i pieniędzy zajmie znalezienie i wyszkolenie nowej osoby na to stanowisko?
  • Co zrobi, kiedy straci pracę? Może pójdzie do konkurencji i całą wiedzę o Twojej firmie wykorzysta przeciwko Tobie w akcie zemsty? A może założy konkurencyjny biznes?

Jeżeli po takiej analizie będziesz nadal przekonany, że chcesz zwolnić pracownika, zrób to.

Pułapki small biznesu

Rzeczywistość: Im mniej swoich produktów/usług pokażesz w reklamie, tym łatwiejsza będzie ona do przyswojenia.


Z tym problemem mam do czynienia na co dzień. Często reklamodawcy są przekonani, że im więcej swoich produktów pokażą w materiale promocyjnym, tym łatwiej przyciągną klientów. Sposób myślenia jest następujący. Konsumenci są różni, jednemu podoba się to, a drugiemu coś innego. Jeżeli pokażę w reklamie tylko to, co za¬interesuje jednych, pozostali nie zwrócą na nią uwagi.
Jeśli będziesz chciał zadowolić wszystkich, prawdopodobnie nie zainteresujesz nikogo.
Przyjrzyj się reklamom sieci punktów sprzedaży sprzętu elektro-nicznego. Sklep zajmuje powierzchnię setek metrów kwadratowych, są w nim tysiące produktów. Ale w reklamie widać tylko 42-calowy telewizor plazmowy za 1999 zł.
Zwróć uwagę na witryny sklepów odzieżowych. Czy widziałeś tam kiedyś zawieszoną długą rurkę, a na niej ciasno upchnięte, jeden przy drugim, wieszaki z różnymi ubraniami? Czy może raczej manekiny lub inne ciekawe aranżacje z dwoma lub trzema umiejęt¬nie połączonymi zestawami?
Witryna jest dla sklepu formą reklamy. Ma zachęcić do wejścia do środka i zrobienia zakupów. Gdyby pokazano w niej cały asortyment, klient nie byłby w stanie zobaczyć żadnego z produktów, nie mówiąc o zainteresowaniu się jakimkolwiek z nich.

Pułapki small biznesu

Rzeczywistość: Sprawdzanie referencji pomaga uniknąć rekrutacyjnych wpadek

Co zrobić, żeby osoba przyjmowana do pracy spełniała oczekiwa­nia? Gwarancji nie ma, ale z pewnością im dokładniej się zastano­wisz, kogo tak naprawdę potrzebujesz, i im staranniej przeprowa­dzisz proces rekrutacji, tym większa szansa na sukces.

Jeden z najważniejszych i zarazem niedocenianych elementów rekrutacji to referencje. Przekonaj się, jak wiele użytecznych infor­macji mogą Ci one dostarczyć.

Załóżmy, że kandydat nie przynosi na rozmowę kwalifikacyjną żadnej opinii na swój temat z poprzedniej firmy. Ale przecież nic nie stoi na przeszkodzie, żeby tam zadzwonić i zadać kilka pytań. Miej tylko świadomość konsekwencji. Po tym, co usłyszysz o potencjalnym pracowniku, możesz mieć ochotę zaproponować mu na „dzień dobry” znacznie więcej pieniędzy, niż zamierzałeś, albo wręcz prze­ciwnie — przestaniesz odbierać od niego telefony.

Dzwonisz więc, by zapytać o referencje. Zacznij od wyraźnego podania swojego imienia, nazwiska i nazwy firmy. Twój rozmówca nie powie nic ciekawego, jeżeli nie będzie wiedział, z kim rozmawia. Powiedz, że chciałbyś zasięgnąć informacji na temat osoby, która stara się o pracę w Twojej firmie. A później pytaj:

  • Czy pamięta pan tę osobę? Jak by ją pan(i) scharakteryzował(a)?
  • Dlaczego ta osoba nie pracuje już w pana(i) firmie?
  • Jakie były wady i zalety tej osoby jako pracownika?
  • Czy polecił(a)by pan(i) zatrudnienie tej osoby na stanowisku…?

Jeżeli kandydat dostarczył Ci pisemne referencje, i tak powinie­neś zadzwonić do jego byłego przełożonego i zadać mu powyższe pytania. Nawet jeśli szef rzeczywiście podpisał taki dokument, może się okazać, że:

  • Ma on jeden szablon rekomendacji, którą wystawia każdemu odchodzącemu z pracy.
  • Gdy pracownik poprosił go o wystawienie referencji, zbył go tekstem: „Sam sobie napisz, to ci podpiszę”, a później zrobił tak, jak zapowiedział.
  • Był tak szczęśliwy z powodu pozbycia się problemu, że wypisał pełną superlatyw laurkę, byle tylko ekspracownik szybko zahaczył się gdzie indziej i już nigdy więcej nie wracał.
  • Postanowił nie rzucać odchodzącej osobie kłód pod nogi i napisał szczerze o jej zaletach, ale wady pominął.

Zapoznając się z rekomendacją, trzeba czytać między wierszami. „Osoba wyjątkowo skrupulatna” może oznaczać kurczowo trzyma­jącego się kodeksu pracy upierdliwca, który będzie się domagał do­datkowego wynagrodzenia za każdą minutę spędzoną w firmie po fajrancie. „W pełni skoncentrowany na realizowanym zadaniu” to też niekoniecznie zaleta. Tak określa się osobnika kompletnie niezdolnego do pracy w grupie, który nie będzie w stanie nic zrobić, dopóki nie zagwarantuje mu się osobistego dźwiękoszczelnego gabinetu. A „otwartość i łatwość nawiązywania kontaktów” przestanie być uważana za cnotę, gdy okaże się, że nowy pracownik zamiast zajmować się tym, czym powinien, spędza 80% czasu na plotkach, przy okazji odrywając innych od obowiązków.

Pułapki small biznesu

Rzeczywistość: Brak precyzyjnych zapisów w umowie najmu może Cię dużo kosztować

Kiedy podpisywałem umowę najmu mojego pierwszego biura w życiu, nie miałem w tej dziedzinie żadnego doświadczenia. Wynajmujący podkreślał m.in. bezpieczeństwo. Wejście do budynku było stale obserwowane przez portiera z firmy ochroniarskiej. Dodatkowo dwa razy na dobę robił on obchód po wszystkich piętrach. W umowie z wynajmującym był zapis, że tego rodzaju ochrona jest wliczona w cenę najmu. Nie przyszło mi do głowy, by doprecyzować elementy tego dokumentu, a tym bardziej dodatkowo ubezpieczyć biuro na wypadek kradzieży.

Dopiero kiedy podczas mojego urlopu złodziej wyłamał zamek i wyniósł z firmy komputer wraz ze wszystkimi danymi, zdałem sobie sprawę, że ta umowa nie dawała mi żadnych gwarancji bezpieczeństwa.

Próbowałem dochodzić swoich praw u właściciela budynku, który przecież zapewniał, że obiekt jest chroniony. Wymiana korespondencji była krótka. Ja zwróciłem się do właściciela posesji z pytaniem, w jakiej formie zamierza wyrównać moje straty. On odpisał, że o żadnym wyrównywaniu nie ma mowy. Ja zaproponowałem, by wartość skradzionego komputera odliczył mi od kolejnych czynszów. On przysłał wymówienie umowy ze skutkiem natychmiastowym (do czego zgodnie z umową miał prawo, ale nie zakładałem, że kiedykolwiek z skorzysta z takiej możliwości).

Jednym z zapisów, na które koniecznie powinieneś zwrócić uwagę, jest ograniczenie nieuzasadnionych podwyżek czynszu. Zadbaj o to, żeby w umowie znalazł się np. taki zapis: „Czynsz może być waloryzowany nie częściej niż raz w roku, nie więcej niż o wskaźnik wzrostu cen towarów i usług konsumpcyjnych ogłoszony obwieszczeniem prezesa GUS dla dwunastu poprzednich miesięcy”.

I jeszcze jedno ostrzeżenie. Jeżeli zbyt mocno zwiążesz się z konkretną lokalizacją — np. oznakujesz trasy dojazdowe w całym mieście, umieścisz adres firmy w jej nazwie, wykupisz reklamę na planie miasta itp. — będziesz miał nie lada problem, gdy okaże się, że właściciel budynku postanowi wypowiedzieć Ci umowę najmu.

Więcej na ten temat przeczytasz w książce Marka Jankowskiego pt. Pułapki small biznesu. 133 mity, które niszczą Twoją firmę

Pułapki small biznesu

Rzeczywistość: Są firmy, które da się uruchomić praktycznie bez pieniędzy

Chciałbym założyć firmę, ale nie mam pieniędzy. Co robić? Co pewien czas dostaję tego typu e-maile. Jedno z rozwiązań to zdobycie pieniędzy od kogoś innego. Inny sposób polega na zmniejszeniu potrzebnych kosztów do takiego poziomu, żebyś był w stanie samodzielnie je pokryć.

Niektórych wydatków, np. opłat urzędowych, nie da się uniknąć ani zmniejszyć. Z pozostałymi — przynajmniej w niektórych przypadkach — można spróbować sobie poradzić.

Załóżmy, że otwierasz firmę oferującą nagłośnienie imprez. W szkole średniej prowadziłeś dyskoteki, więc sobie poradzisz. Ale przecież nie można robić tego bez sprzętu, prawda? Porównujesz więc ceny, dogadujesz się z dostawcą na niezły rabat i kupujesz zestaw „na start” za 20 tysięcy złotych. Odpalasz stronę internetową, zaczynasz rozsyłać oferty. Dość szybko orientujesz się, że Twój sprzęt jest w wielu przypadkach albo niewystarczający, albo zbyt zaawansowany. Zanim będziesz miał tyle zleceń, żeby móc z nich żyć, musisz oszczędzać każdą złotówkę i nieraz pożyczać od znajomych. „Mądry Polak po szkodzie. Gdybym dziś zaczynał od nowa…” - myślisz.

Gdybyś z tą wiedzą zaczynał od nowa, pewnie wyglądałoby to zupełnie inaczej. Na przykład tak. Znajdujesz pierwszego klienta i badasz jego potrzeby. Zamiast biec od razu do salonu muzycznego, wypożyczasz od kogoś sprzęt potrzebny do tego konkretnego zlecenia. Nie masz przecież pojęcia, kiedy pojawi się następna możliwość zarobienia. Jeżeli jesteś dobry w tym, co robisz, z czasem klienci wracają i pojawiają się kolejni. W końcu okazuje się, że kupno sprzętu będzie tańsze niż ciągłe płacenie za jego wypożyczanie. I to jest dobry moment na taką decyzję.

Inny przykład. W rejonie, gdzie mieszkam, ukazuje się „Osiedlówka”, mała gazetka reklamowa. Właściwie to bardziej ulotka niż gazetka — kartka A4 zgięta na trzy części. Firma, która ją wydaje, mogłaby zrobić z niej np. miesięcznik. W razie gdyby w ciągu miesiąca nie sprzedała się cała powierzchnia, wolne miejsce zawsze można przecież zapchać horoskopem, krzyżówką czy kawałami o blondynkach. Przedsiębiorstwo wybrało jednak inne rozwiązanie. Kolejne wydania „Osiedlówki” ukazują się nieregularnie, ale każde jest w 100% wypełnione reklamami. Inaczej mówiąc: wydawca nie płaci ani grosza za druk i kolportaż, zanim nie zapewni sobie odpowiedniego zysku!

Zakładasz firmę szkoleniową? Nie zaczynaj od wydawania pieniędzy na rzutnik, laptop i flipchart. Najpierw znajdź klientów, którzy Ci zapłacą. Później pożyczaj to, co niezbędne. Dopiero gdy przestanie Ci się to opłacać, kupuj. To trudne, bo wszyscy lubimy wydawać pieniądze, zwłaszcza gdy możemy sobie wmówić, że to „niezbędna inwestycja, którą wrzucimy w koszty”. Kupowanie nowego sprzętu jest sexy. Co niestety nie zmienia faktu, że w wielu przypadkach nie ma racjonalnego uzasadnienia.

Firmy prawie zawsze wpędzają swoich założycieli w biedę, zanim uczynią ich bogatymi — mówi Jack Welch. Zgadzam się. I dlatego radzę Ci skupić się na słowie “prawie”.

Więcej na ten temat przeczytasz w książce Marka Jankowskiego pt. Pułapki small biznesu. 133 mity, które niszczą Twoją firmę

Pułapki small biznesu
płatności onepress.pl