Onepress video

Onepress

Onepress.pl Helion SA
ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwice

tel. (32) 230-98-63


informacje: o księgarni onepress.pl

Niebieska Pigułka Optymizmu na Onepress.pl

Niebieska Pigułka Optymizmu na Onepress.pl
Niebieska Pigułka Optymizmu – blog klasy business w księgarni Onepress.pl. Prowadzi go Mirosław Konkel - dziennikarz i publicysta biznesowy. W Niebieskiej Pigułce... będzie nieustannie podważał tradycyjne rozumienie sukcesu, samorealizacji i kariery, poszukując równocześnie indywidualnych ścieżek prowadzących na szczyt.

Od kilku tygodni na angielskim BBC ukazuje się serial popularnonaukowy Invisible Worlds. Jego gospodarzem jest Richard Hammond, którego znamy z programów Top Gear i Total Wipeout. Invisible Worlds to podróż po naszym codziennym świecie, po rzeczach wydaje się oczywistych, których mimo wszystko nie rozumiemy i nie doceniamy – ponieważ nasz ludzki wzrok widzi tylko w pewien ograniczony sposób i jest w stanie ogarnąć całego piękna świata, ani nie potrafi dotrzeć do sedna większości zjawisk.

W jaki sposób myszołów widzi swoje ofiary? Żeby poznać odpowiedź, trzeba spojrzeć na sprawę w świetle ultrafioletu.

Co sprawia, że delfiny dosłownie przecinają wodę podczas poruszania się? Trzeba przyjrzeć się w zwolnionym tempie, jak pojedyncze cząsteczki wody oddziałują na skórę delfina.

Dlaczego kot zawsze spada na cztery łapy i właściwie dlaczego nic sobie nie połamie, spadając z dużych (jak na niego) wysokości? Zdjęcia rentgenowskie pokażą całą tajemnicę kociego “sukcesu”.

Oglądałem program z dużym zainteresowaniem i w pewnej chwili naszła mnie myśl, że dokładnie to same podejście można wykorzystać do zrozumienia życiowego sukcesu i jego przyczyn.

Oczywiste przyczyny sukcesu są widoczne na pierwszy rzut oka: zostawanie po godzinach, wchodzenie w tyłek szefowi, przepchnięcie mimo opozycji projektu, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Jednak znacznie ciekawsze (i znacznie ważniejsze dla końcowego efektu) są przyczyny niewidoczne, ukryte poza granicami naszego postrzegania.

W przypadku sukcesu bowiem logika odgrywa rolę wzroku – to podstawowe narzędzie zdobywania i przetwarzania informacji, jakimi dysponujemy. Mówiąc “logika”, mam na myśli myślenie “przyczyna – skutek”, w prostej linii, bez zakrętów, bez objazdów, bez skrzyżowań. Robię A, więc uzyskuję efekt B. Odkręcam kran, więc leci woda. Wkładam do buzi kanapkę, więc ją gryzę. Wrzucam żeton do automatu z colą, więc wyskakuje mi puszka z napojem.

Poza “widzialnym” światem logiki istnieje świat innego rodzaju ciągów zdarzeń. Myślenie równoległe. Myślenie emocjami. Analiza systemowa. Prawo przyciągania. Planowanie na zasadzie fali uderzeniowej. Myślenie synergiczne.

Jeśli więc nie rozumiesz, dlaczego jedni odnoszą sukces, a inni (być może także Ty) przegrywają, to znaczy, że patrzysz nie tak jak należy. Zmień okulary. Przyjrzyj się sytuacji w zupełnie inny sposób, a zapewne dojdziesz do sedna problemu i znajdziesz jego rozwiązanie.

Prosty przykład: dlaczego ludzie przechodzą przez ulicę na czerwonym świetle?

Logiczne wyjaśnienie takiego postępowania może być takie, że akurat nic nie jedzie, więc ludzie idą. Gdyby jechał samochód, to wszyscy grzecznie czekaliby na zmianę świateł (z wyjątkiem emerytów, którzy mają tendencję do pchania się pod koła).

Myślenie emocjami: powód, dla którego muszą przejść, wiąże się z tak silnymi emocjami (negatywnymi – jeśli się nie uda, pozytywnymi lub brakiem negatywnych – jeśli się uda), że muszą to zrobić.

Analiza systemowa: ludzie oceniają odległość nadjeżdżającego samochodu i jego prędkość i na tej podstawie stwierdzają, że zdążą bezpiecznie przejść na drugą stronę.

Planowanie na zasadzie fali uderzeniowej: zamiast przejść od razu całość, dochodzą do wysepki w połowie ulicy i tam znów decydują, czy iść dalej, czy już poczekać na zielone światło.

Nawet na takim prostym przykładzie można wykorzystać kilka różnego rodzaju sposobów myślenia. W większości sytuacji można użyć także pozostałych, które wymieniłem wcześniej.

I dopiero wtedy widać, że kluczem do awansu nie było samo siedzenie po godzinach, lecz zbieranie informacji o najbliższym kliencie przetargowym wraz z kilkoma osobami z powszechnie nielubianego działu marketingu, nie samo podlizywanie się szefowi, lecz zdobycie (od sekretarki) informacji o jego przenosinach do centrali na stanowisko wiceprezesa, nie samo pchanie projektu pod prąd, lecz pokaz determinacji i zdolności politycznych. Niby to samo, a jednak coś zupełnie innego.

Spróbuj popatrzeć na świat przez inne okulary niż zwykle. Dziś wybierz jedną sytuację i pomyśl “Czego w niej nie widzę?”.

Powodzenia.

Mirek Konkel

O awansie lub zwolnieniu decydują czasem niepozorne szczegóły: zbyt gorąca kawa, jakiś niedoręczony list, nagminne przełączanie uciążliwych klientów do tego samego serwismena. Gdy jednak przyjrzeć im się dokładnie, te niepozorne szczegóły są niepozorne tylko z wyglądu. To prawdziwe góry lodowe, które pod lodowatą taflą wody kryją twoje podejście do pracy, do przełożonego, do życia i do własnej osoby.

Historia z ubiegłego tygodnia. Drużyna piłkarska Legia Warszawa pod wodzą trenera Jana Urbana wyjeżdża na mecz do Bytomia z tamtejszą drużyną Polonii. Jest to trzecia kolejka w tej rundzie rozgrywek. W poprzednich dwóch Legia zanotowała jedno zwycięstwo i jedną przegraną. Styl gry pozostawia wiele do życzenia, zawodnicy zdają się nie mieć sił lub chęci do rzetelnego harowania na boisku i biegania za przeciwnikami. Przed meczem trener zapowiada zmianę stylu gry: z zachowawczego podawania piłki do najbliższego kolegi na agresywne “siądnięcie” na przeciwniku. W tym celu do gry wystawia odpowiedni skład: typowy ofensywny zawodnik Maciej Iwański wreszcie gra na swojej normalnej pozycji i nie musi przejmować się rozbijaniem ataków przeciwnika. Jego zadanie to tworzenie sytuacji, po których można strzelić bramkę. Za powstrzymywanie ataków odpowiada czwórka obrońców oraz doświadczony defensywny pomocnik Tomasz Jarzębowski. W przedmeczowych wywiadach zawodnicy są pełni energii i zapowiadają walkę o zwycięstwo.

W szatni, tuż przed wejściem na boisko, okazuje się, że jeden z obrońców (a dokładnie – lewy obrońca) ma problemy z żołądkiem. Dostał biegunki, silnego bólu, złapały go skurcze… w tym momencie oficjalnie nie wiadomo, co się stało. Efekt jest za to jednoznaczny – w tym meczu nie zagra na pewno.

Co zrobisz – kogo wstawisz do gry zamiast chorego lewego obrońcy?

Drużyna nie może rozpocząć gry w 10-kę, więc musisz wstawić do gry kogoś z ławki rezerwowych. Do dyspozycji masz jednego bramkarza, jednego obrońcę, trzech pomocników (jeden defensywny i dwóch ofensywnych), dwóch napastników. Rezerwowy obrońca nie ma doświadczenia w grze na lewej stronie, nie mają go także ci obrońcy, którzy są w podstawowym składzie. Wśród pomocników jest za to jeden, ten defensywny pomocnik Tomasz Jarzębowski, który w swojej karierze z powodzeniem grywał na lewej obronie. Defensywny pomocnik na ławce rezerwowych jest młody, w dodatku na razie nie ma wysokiej formy. Dlatego jeśli gra, to w zadaniach obronnych pomaga mu jeden z ofensywnych pomocników, najczęściej jest to Maciej Iwański – który przed meczem został zwolniony z obowiązków obronnych.

Aha, jeśli Legia Warszawa wygra ten mecz, obejmie fotel lidera w ligowej tabeli. Jeden mecz, trzy punkty do zdobycia. Fotel lidera. Zmiana na lepsze sposobu gry drużyny i atmosfery wokół niej. Przywrócenie zawodnikom wiary we własne, ogromne jak na polską ligę możliwości.

Co robisz? Kogo wstawisz do gry? Niepozorny szczegół? A może bardzo ważna decyzja? Musisz decydować szybko, bo zaraz zaczyna się mecz i trzeba powiadomić o zmianie sędziego technicznego. Co robisz? Co robisz?

To zależy, co jest dla Ciebie ważniejsze.

Jeśli ważniejsze jest dla ciebie konsekwentne trzymanie się planu przedstawionego zawodnikom i utrzymanie szansy na zwycięstwo, to wstawisz obrońcę. Zaryzykujesz, że jego stroną będą częściej atakować przeciwnicy, że najprawdopodobniej stracisz więcej bramek niż zwykle. Masz jednak nadzieję, że w ataku zawodnicy spełnią to, co zostało ustalone wcześniej. Jeśli atak pod dowództwem Macieja Iwańskiego zdobędzie więcej bramek niż straci obrona ustawiona w eksperymentalnym składzie, to zadanie zostanie wykonane i nie ma się czym martwić. Zresztą w trakcie meczu możesz dokonać zmian. Jeśli gra będzie naprawdę źle wyglądać, zawsze możesz przejść do wariantu drugiego. Jeśli przegrasz, to przynajmniej po efektownej walce, a nie po męczącej kopaninie.

Jeśli ważniejsze jest natomiast trzymanie się zasad trenerskiego rzemiosła i postawienie na nieprzegranie tego meczu, to wstawisz z ławki młodego defensywnego pomocnika, a na miejsce obrońcy przesuniesz tego defensywnego pomocnika z podstawowego składu, Tomasza Jarzębowskiego. Drużyna zagra bezpiecznie, skupi się na obronie. Może trafią się jedna-dwie akcje w meczu, po których będzie można strzelić bramkę. Boisz się utraty bramki, boisz się przegranej. A że ustalenia z zawodnikami były inne, a że zmieniasz decyzje pod wpływem szczegółu, a że poświęcasz swoje silne strony do łatania potencjalnych dziur (dziur, które na razie istnieją tylko w twoich przekonaniach i ewentualnie wcześniejszych doświadczeniach)… cóż, to ich praca, oni są profesjonalistami, a trenerem jesteś w końcu ty.

Trener Jan Urban wystraszył się i wykonał drugi wariant – żeby nie przegrać. Zawodnicy ofensywni mieli kilka okazji do strzelenia bramki, ale byli fizycznie i psychicznie zbyt zmęczeni harowaniem w obronie, żeby z zimną krwią wykończyć sytuacje. Tymczasem Polonia Bytom strzeliła jedną bramkę i wygrała mecz. W drodze powrotnej do Warszawy trener Urban odebrał telefon od właściciela klubu z jeszcze nieoficjalnym, ale już pewnym zwolnieniem ze stanowiska. I z dużą dozą prawdopodobieństwa można powiedzieć, że trener utracił cały autorytet u piłkarzy.

Gdy następnym razem w Twoim projekcie nagle coś się zdarzy i staniesz przed decyzją “co zrobić/co zmienić”, pamiętaj, że decyzja nie dotyczy wyłącznie projektu. To  czytelny komunikat na temat Twojego podejścia do pracy, Twojego przekonania co do własnej siły i zdolności, Twoich dążeń, aspiracji, twojej zdolności do oceny i podejmowania sensownego ryzyka. Zła decyzja może cię kosztować bardzo dużo.

 Mirosław Konkel

Bezpieczeństwo jest ryzykowne.
Seth Godin, Fioletowa Krowa (Onepress)

Masz fajną pracę. Lubisz tam chodzić codziennie. Pensja nie jest zła. Szef wymagający, ale da się przeżyć. Koledzy to zgrana paczka. Życie upływa dość monotonnie. Praca, dom, praca, dom.

I nagle wszystko się wali.

Wszystko jedno jaki jest powód, że życie Ci się wali – czy dostajesz wypowiedzenie, czy ktoś ci bliski trafia do szpitala, czy choroba wybiera właśnie ciebie na swoją ofiarę. Fakt jest niepodważalny – Twój pieczołowicie budowany świat nagle znika. Stoisz wśród pogorzeliska i musisz się pozbierać. I to szybko, bo rachunki nie mają ani krztyny współczucia dla życiowych tragedii.

Co wtedy zrobisz?

Do kogo zadzwonisz?

Kto wyciągnie do ciebie pomocną dłoń? Ilu masz prawdziwych przyjaciół?

A ile osób to fałszywe pijawki, które przy najmniejszej prośbie wykręcają się milionem wymówek?

Normalni ludzie nie zawracają sobie głowę takimi pytaniami. I bardzo dobrze, życie nie jest przecież od zamartwiania się przyszłością, tylko od przeżywania teraźniejszości. Mimo to rozsądnie jest czasem znaleźć moment na przejrzenie i uzupełnienie podręcznej apteczki przeżycia – czyli listy osób, firm, zleceń, produktów, które w razie czego możesz wykorzystać do natychmiastowego zarobienia kilkuset złotych.

Jak znaleźć takie osoby, firmy, zlecenia? Oczywiście robisz to wtedy, gdy wszystko idzie jak po maśle. Właśnie wtedy łatwo jest zrobić coś ekstra dla klienta. Właśnie wtedy łatwo jest iść popularną “ekstra milę” i dać z siebie coś więcej drugiej osobie. Zapytać o zdrowie. Pochwalić. Docenić. Postawić piwo. Niby tak niewiele, przynajmniej dziś, kiedy wszystko idzie dobrze.

Ale gdy świat nagle zwali Ci się na głowę, te wszystkie drobne, może nawet męczące wtedy rzeczy, pozwolą Ci się pozbierać. Pomogą Ci przetrwać najtrudniejsze pierwsze tygodnie. Ogarnąć pogorzelisko i nie popaść w totalną depresję.

Podręczną apteczkę przeżycia najlepiej uzupełniaj krok po kroku. Nie staraj się w jeden tydzień znaleźć 10 osób, które w każdej chwili mogą Ci pomóc. Rób to powoli i skutecznie. Niech Ci to zajmie 10 tygodni, albo nawet 100 tygodni. Nieważne. W prawdziwej apteczce nigdy nie trzymasz wątpliwych leków, prawda? Tak samo tutaj, nie wkładaj do apteczki przeżycia kogoś, dopóki nie masz pewności, że ta osoba zrozumie Twoją sytuację i Ci pomoże.

Mirosław Konkel

Największe szanse i największy sukces zakradają się do Ciebie zazwyczaj wtedy, gdy najmniej się tego spodziewasz… Rzeczy, których słusznie pożądamy, przychodzą do nas w chwili, gdy już rozluźnimy chwyt.

Florence Scovel Shinn, w: Tom Butler-Brown, 50 dzieł klasyki sukcesu (Sensus)

Na początku szkoły średniej miałem alergię na słowo drukowane. Czytanie książek? A poszły precz! Lektury czytałem tyle o ile, ale nic ponad nakazane tytuły. Gra w piłkę, przesiadywanie na podwórku z kolegami - to mnie kręciło.

Aż kiedyś dotarła do mnie rzeczywistość. Miałem jakieś tam ambicje. Nie chciałem skończyć jako wykształcony półgłówek czy funkcjonalny analfabeta. Powziąłem więc mocne postanowienie: czy mi się to podoba czy nie, będę czytał. Same opasłe buchy. Tylko wielka literatura. Godzinę dziennie. Codziennie.

Jak pomyślałem, tak robiłem. Niestety, przebrnięcie każdej strony było dla mnie mordęgą. I nic nie zapowiadało, że swą organiczną alergię do książek kiedykolwiek pokonam. Do dotychczasowej frustracji “nie cierpię książek” doszła druga - “nie potrafię dotrzymać postanowień”. Świetnie, prawda?

Aż poznałem Anię, niesłychanie zdolną, inteligentną, oczytaną - i oczywiście ładną - dziewczynę ze starszej klasy, której najzwyczajniej chciałem zaimponować. Na przykład Dostojewskim, Brodskim, Márquezem, Ginsbergiem, Herbertem czy Szymborską. Zacząłem dosłownie połykać grube powieści i cieniutkie tomiki wierszy, byle tylko Ance dotrzymać kroku w kolejnej głębokiej rozmowie polegającej na roztrząsaniu społecznych i moralnych dylematów naszych czasów. I wiesz? Moja bibliofobia zniknęła jak ręką odjął. Pozytywna motywacja wystarczyła, bym pokochał książki na całe życie.

Piszę o tym teraz, na początku marca, ponieważ jest to czas, w którym do wielu osób (może nawet do Ciebie) dociera rzeczywistość i frustracja “nie potrafię dotrzymać postanowień”. Rzucić palenie? Spędzać więcej czasu z rodziną? Delegować obowiązki? Minął styczeń, luty. A ty nadal kurzysz jak smok. Albo nadal jesteś rzadkim gościem we własnym domu. Lub nadal w pracy gniecie cię ciężar nadmiernych zadań, bo nie dzielisz się władzą, odpowiedzialnością i uprawnieniami. Zamiast marcowego słodkiego smaku zwycięstwa nad sobą, odczuwasz marcową gorycz przegranej z własnymi słabościami.

No i ta frustracja “nie potrafię dotrzymać postanowień”. To jest największy cierń, który wbija ci się w głowę. Co gorsza, jako osoba wykształcona doskonale wiesz, że ta paskudna myśl podkopuje twoją pewność siebie we wszystkich obszarach życia. Gdy Zdzisław Maklakiewicz - pamiętny inżynier Mamoń z filmu “Rejs” - któryś raz z rzędu mocno wstawiony zjawił się na próbie w teatrze, reżyser postanowił ostro przemówić mu do rozumu. Na męskie słowa wypowiadane przy całym zespole aktor ze stoickim spokojem odpowiedział: “No nie, na takich uwagach to ja roli nie zbuduję”.

No właśnie. Na frustracjach typu “nie potrafię dotrzymać postanowień”, “jestem niesłowny”, “mam słabą wolę” nie zbudujesz żadnej dojrzałej roli - teatralnej, zawodowej, biznesowej, małżeńskiej, rodzicielskiej, jakiejkolwiek zresztą. Ciągła autocenzura, bezustanne wyliczanie osobistych mankamentów, ujemna samoocena - to wszystko doprowadza cię do jeszcze większego zniechęcenia. A dopóki jesteś zdemotywowany, dopóty nic nie zmienisz w swoim życiu i postępowaniu. Im bardziej będziesz się napinał, tym gorszy będzie efekt.

Żeby było jasne: nie uważam, że samodyscyplinę trzeba zastąpić pobłażliwością albo naiwnymi treningami pozytywnego myślenia (naiwnymi, czyli pozbawionymi konkretnego działania). Prawdziwa, głęboka zmiana wymaga cierpliwości dla samego siebie. I czasu. Bo niekiedy następuje ona nagle, niespodziewanie, bez twojego udziału - tak jak niespodziewanie w moim życiu pojawiła się Ania. I nagle ten wysiłek, ten ciężar, stał się nieistotny.

Namawiam cię, abyś trochę odpuścił tej osobie, którą codziennie widzisz w lustrze. Stał się dla niej mniej restrykcyjny. Możesz kierować sobą, myśleć o sobie, jakby to robił kochający Cię, mądry i doświadczony życiowo dziadek. Dziadek wcale by Ci nie folgował. Przeciwnie, stawiałby wysokie wymagania. Natomiast stwarzałby Ci klimat otwartości, życzliwości i zrozumienia, pozwalał odzyskać pogodę ducha i wiarę w siebie w momentach zwątpienia i próby. Nade wszystko zaś dziadek nie oczekiwałby od Ciebie poprawy już, zaraz, natychmiast.

Pomyśl chwilę o swoim Dziadku. O tym, jak mijały wam wspólnie spędzane chwile. A potem pomyśl o sobie tak jak myślał o tobie twój Dziadek – Twój Kochający Cię Dziadek.

Mirosław Konkel

Zrezygnuj z niewłaściwych przedsięwzięć. Konsekwentnie realizuj te, które mają szansę powodzenia. Miej odwagę, żeby zrobić jedno albo drugie.

Seth Godin, Dołek – czyli kiedy brnąć, a kiedy rezygnować (Onepress)

Nagano, rok 1998. Olimpijski debiut Adama Małysza. Chyba gorzej być nie mogło. Polak zajął 51. miejsce w konkursie na skoczni normalnej i 52. na dużej. Dziennikarze nie zostawili na zawodniku suchej nitki. Gdy po zawodach wrócił do hotelu, po głowie przebiegało mu pewnie milion myśli, a wszystkie podążały w jednym kierunku: skończyć karierę, zamknąć ten rozdział, odciąć się od upokorzenia, wrócić do dekarstwa, swojego wyuczonego zawodu. Znacznie niżej niż skocznia, no i nie trzeba stamtąd skakać. A że emocje nie te… cóż…

Na szczęście dla nas Adam Małysz nie pozwolił, by porażka, cokolwiek by mówić – na najbardziej prestiżowych zawodach z możliwych, podcięła mu skrzydła. Dzięki temu jego życie nabrało zupełnie innego wymiaru, gdyż odkrył swój nieprzeciętny talent na miarę wielkich mistrzów skoków narciarskich: Mattiego Nykanena czy Jensa Veissloga. A i my, kibice w kapciach przez telewizorami, cieszyliśmy się przez mnóstwo weekendów, kiedy Adam pojawiał się na skoczni i gdy stawał na podium.

Dziś wielu komentatorów sportowych podkreśla, że historia Małysza to niezbity dowód na to, że nigdy nie warto rezygnować. Że przeszkody są po to, by je przezwyciężać. Że trzeba próbować – raz drugi, trzeci, aż do skutku. Czy mają rację?

Prawda jest dużo bardziej skomplikowana. W niektórych przypadkach konsekwencja jest kluczem do sukcesu, w innych – jest skutecznym sposobem na porażkę. Wytrwałość zaprowadziła Adama na sam szczyt. Ale czy w przypadku przeciętnych sportowców dałaby równie imponujący efekt? Patrząc na postępy reszty ekipy naszych skoczków, trudno.

Seth Godin, amerykański ekspert od rozwoju osobistego, wszystkie kryzysy dzieli na dwa rodzaje – dołek i ślepy zaułek.

Dołek to przejściowe trudności, które pokonasz, jeśli dasz z siebie wszystko. Zwłaszcza że nie brak ci zdolności, inteligencji, woli. I ludzi, którzy w ciebie wierzą – jak wieloletni trener (a później szef związku narciarskiego) Apoloniusz Tajner w Adama Małysza. Dołek to czas, gdy poniesione inwestycje nie przynoszą choćby minimalnych zysków. To okres ciężkiej, mozolnej pracy. Kto wycofa się na tym etapie może nawet wygra lokalne zawody, ale po olimpijski medal nigdy nie sięgnie. Może zostanie dobrym krawcem, ale o projektowaniu mody powinien zapomnieć. Może awansuje na stanowisko szefa działu, ale kluczowego dla firmy projektu nikt mu nie powierzy. Gdy kończy się dołek, wtedy zaczyna się sukces.

Zupełnie inaczej jest ze ślepym zaułkiem. To sytuacja, w której cokolwiek robisz, nic nie zmienia się na lepsze. Wszelkie wysiłki, próby, starania nie przynoszą najmniejszych rezultatów. Upór w dążeniu do przodu prowadzi do jeszcze większej frustracji. Rozsądek podpowiada, żeby uciekać gdzie pieprz rośnie. Wielu ludzi jednak brnie dalej w nierentowne przedsięwzięcie. Choćby po to, żeby pokazać – sobie i wszystkim wokół – jak bardzo są solidni, wytrwali i konsekwentni.

Jak możesz odróżnić dołek od ślepego zaułka? Po czym poznasz, że rezygnacja nie jest tchórzliwą dezercją, ale strategiczną decyzją? Kiedy masz dumnie trwać, a kiedy mądrze wiać?

Wyobraź sobie przez chwilę, że Adam Małysz nie kocha skakania. Robi to tylko dlatego, że już tak wiele zainwestował w swoją karierę sportową. Nie chce zawieść najbliższych, którzy oczekują od niego co najmniej dobrych występów (i stałej pensji co miesiąc). Poza tym skakanie to całkiem niezłe życie. Podróże. Stała pensja. Wyjazdy tylko przez pół roku, w lecie startuje się jedynie w kilku wybranych konkursach na sztucznej nawierzchni. W tej sytuacji porażka, nawet taka spektakularna jak na igrzyskach olimpijskich, nie jest wypadkiem przy pracy. To coś, czego się spodziewasz, co w zasadzie jest nieodłączną częścią twojej hm… pracy… (zwłaszcza że pensja jest stała).

Nie, taka porażka jest raczej wskazówką, że jeśli chcesz przeżyć w życiu coś emocjonującego, coś interesującego, coś podniecającego (nie bój się tego słowa), to zajmij się w życiu czymś innym. Może niekoniecznie dekarstwem, choć można sobie wyobrazić emocjonujące prace na dachu najwyższego budynku świata. Na szczęście Adam jest stworzony do skakania. A spadki formy są u niego tylko zapowiedzią jeszcze bardziej spektakularnych zwycięstw. Także – a może przede wszystkim – nad sobą.

Przyjrzyj się, czy podejmowanie tego konkretnego działania wyzwala w tobie pasję. Energię. Radość życia. Jeśli tak, to masz do czynienia z dołkiem. Być może głębokim, ale to wciąż tylko dołek. To dla ciebie ogromna szansa, bo dzięki dołkom twoja mniej ambitna i mniej wierząca w siebie konkurencja przerzuca się na dekarstwo. Na placu boju zostają prawdziwi mistrzowie – a z takimi to nawet nie wstyd przegrać w sportowej rywalizacji.

Jeśli jednak działanie tak cię nuży, że wzbudza w tobie jedynie niesmaczną zgagę, jesteś w ślepym zaułku. Nie przejmuj się, każdy tu kiedyś wpada. Ważne, żeby nie tkwić w tym ślepym zaułku przez całe swoje życie. Ślepy zaułek to prezent od życia po to, by się zastanowić nad sobą, nad swoimi marzeniami, ambicjami. To moment na podjęcie decyzji: czy chcesz latać jak orzeł, czy chcesz skakać jak bularz.

Mirosław Konkel

Okazuje się, że samo wyobrażenie sobie, jak stoję na pudle, odbieram nagrodę, to nie wszystko. Skuteczna wizualizacja to wizualizacja drogi do sukcesu. Według badań jest to skuteczniejsze niż sam obraz sukcesu.

Marek Skała Psychologia zmiany. Rzecz dla wściekniętych (Onepress)

Już latem 2009 Adam zapowiedział, że jedzie na zimowe igrzyska 2010 do Vancouver po medal. Tym optymizmem zirytował wielu kibiców. Ile bowiem razy słyszeliśmy podobne zapewnienia z ust sportowców, a kończyło się jak zawsze – na zawiedzionych nadziejach? Piłkarze nożni mieli wyjść z grupy eliminacyjnej na mistrzostwach świata. Piłkarze ręczni mieli zdobyć medal. Nie dziwił więc powszechny brak entuzjazmu i opinie wyrażane na forach sportowych typu “Małysz się skończył… kiedyś był dobry, najlepszy… Nie wiedział, kiedy zrezygnować… Utknął i już się nie podniesie” (internauta “Jurek”), “Prawda jest taka, że Małysz się już wypalił, nie zagraża już nikomu, jedynie królować sobie jeszcze może na mistrzostwach Polski” (internauta “Maku”).

Bardziej realną przeszkodą na drodze do wywalczenia przez Małysza medalu igrzysk były tradycyjne zasady rządzące skokami narciarskimi. Skoczkowie po 30-ce rzadko odnoszą znaczące sukcesy. Ot, raz na jakiś czas trafi się podium, może nawet pojedyncze zwycięstwo w Pucharze Świata. Ale generalnie to sport dla młodych, głodnych sukcesu wilków.
Czy zatem wywalczone przez Adama srebro mamy tłumaczyć sobie jako “wypadek przy pracy” lub “wyjątek potwierdzający regułę”? Możemy. Ale wtedy niczego się nie nauczysz, nie dasz sobie szansy poprawić coś w sobie, w swoim działaniu, w swoich przekonaniach. Proste wyjaśnienie i sprawa zamknięta. A jutro znów ta sama durna praca.

Spróbuj inaczej.

Załóżmy, że entuzjazm dodaje skrzydeł tylko wtedy, gdy łączy się z właściwym działaniem. Nasz orzeł z Wisły nie wskoczyłby w sobotę na podium, gdyby jego marzeniom nie towarzyszyły setki godzin morderczych treningów.
Małysz, jak wielu współczesnych sportowców, stosuje wizualizację. Jest to technika polegająca na wyobrażeniu sobie jakiegoś zdarzenia, by uczynić je bardziej prawdopodobnym w realnym życiu. Metoda ta przestaje być jednak skuteczna, gdy koncentrujemy się bardziej na wyniku niż na procesie dochodzenia do określonego stanu. Potwierdziły to m.in. badania Shelley Taylor i Lien Pham, które przyglądały się studentom podczas sesji. Wyobrażenie sobie trudnych kroków prowadzących do celu (zaliczenia wszystkich egzaminów) nie sprzyjało wprawdzie dobremu samopoczuciu, ale mobilizowało do wytężonej pracy, natomiast wizja samego sukcesu działała na żaków demotywująco.

Cel bowiem zwykle nie zależy w 100 procentach od nas. Muszą wyrazić na niego zgodę inni ludzie. W przypadku medalu Małysza – w mniejszym stopniu inni skoczkowie, w większym stopniu sędziowie oceniający styl oddanego skoku.

Dlatego też skuteczna wizualizacja, wizualizacja w wydaniu medalisty igrzysk Adama Małysza, w niczym nie przypomina iluzji dla naiwnych, którymi przeróżni guru biznesu uwodzą miliony sfrustrowanych, zmęczonych życiem i pracą ludzi. Ci guru wmawiają nam, że gdy zaczniemy sobie wyobrażać miliony na swoich kontach, to one rzeczywiści w krótkim czasie tam się pojawią. Albo że wystarczy bardzo pragnąć awansu, by niebawem go dostać. Albo otworzyć się na miłość, a spotkamy idealnego partnera, o którym zawsze marzyliśmy. Osoby, które im uwierzyły, po chwilowej euforii wpadają w depresję, której nigdy wcześniej nie doświadczyły.

Bo nie wiedzą co mają konkretnie robić jutro, pojutrze. Mogą tylko kupować książki, taśmy i chodzić na kolejne seminaria w płonnej nadziei, że w końcu trafią na pigułkę szczęścia. Gdy ją znajdą… pstryknięcie palcami… i ich życie jest lepsze niż kiedykolwiek.

Przykro mi. Pigułek szczęścia ani pigułek optymizmu nie kupisz w gotowej postaci. Jedyną drogą jest samodzielne ich wytworzenie: poprzez to co codziennie myślisz o sobie, co myślisz o swojej pracy, co myślisz o swoim życiu.

Wizualizacja jest jednym z narzędzi, które pomogą ci stworzyć skuteczną dla ciebie niebieską pigułkę optymizmu. Inne narzędzia poznasz czytając kolejne wpisy na tym blogu. Zachęcam cię do regularnej cotygodniowej lektury.

A tymczasem bądź jak Adam – który zanim pojawił się na skoczni w kanadyjskim Whistler, widział siebie oddającego “dwa równe skoki”.

Mirosław Konkel

płatności onepress.pl